Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jedenasty dzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jedenasty dzień. Pokaż wszystkie posty

09.07.2010


Wyświetl większą mapę



Przez całą noc różni ludzie wchodzili do naszego pokoju i albo wpuszczali nam kota, albo namawiali na imprezę, albo zadawali różne pytania i na siłę chcieli nas obudzić. O 6 rano kiedy zadzwonił budzik i miałyśmy zebrać się na pociąg zdecydowałyśmy, że mamy wszystko gdzieś i śpimy dalej. Poza tym słyszałyśmy, że impreza jeszcze się nie skończyła i nie chciałyśmy przechodzić przez tłum ludzi i odpowiadać na mnóstwo pytań. Wyłączyłyśmy komórki i spałyśmy dalej…do 7 rano. O 7 do pokoju weszła dziewczyna z dwoma chłopakami. Bez słowa sprzeciwu kazali nam wstawać z łóżka i dołączyć do kończącej się już imprezy. Był dzień i wszystko wyglądało jakoś lepiej… Szybko się ubrałyśmy i o 7:10 byłyśmy już w salonie, w którym nie było nikogo… Za chwilę przyszedł do nas jakiś chłopak, który wyjaśnił, że właśnie wszyscy zasnęli, ale on jeszcze trzyma się na nogach i może nam towarzyszyć. Przedstawił się jako Jawkata i o 8 rano wyciągnął nas do miasta. Miałyśmy pociąg do Kazanłyku o 11 i Jawkata koniecznie chciał nas oprowadzić po Ruse. Poszliśmy do centrum, a później do portu. Po drodze mijaliśmy liczne sklepy, z których Jawkata przynosił dla nas słodycze, a dla siebie piwko. Przez całą drogę opowiadał nam o Ruse, pracy w porcie i bułgarskiej zabawie. Dowiedziałyśmy się, że Ruse to najlepsze miasto w całej Bułgarii. Wszystko co ważne można tam znaleźć, czyli dobrych ludzi i przestrzeń do życia. Jawkata nie wyobrażał sobie przeprowadzki do innego miasta w Bułgarii, a już na pewno nie chciałby nigdy zamieszkać w Sofii. To co kochał w życiu miał w Ruse, tam się urodził i chciał tam zostać. Rozmawialiśmy dość długo o bułgarskiej mentalności, młodych ludziach w Bułgarii i pracy w porcie. Mimo strasznej czkawki (nawet nauczyłyśmy go zdania: „Jawkata ima pijacka czkawka”:) Jawkata opowiadał nam o Dunaju – oprócz przyjaciół najważniejszej rzeczy w jego życiu. Wracając do mieszkania zatrzymaliśmy się w małej cerkwi. Jawkata powiedział nam, że każdego dnia jak wraca z portu („żywy i zdrowy”) dziękuje św. Mikołajowi. W kościele prawosławnym święty z Miry jest patronem rybaków, żeglarzy i flisaków. Zbliżała się 11 i musiałyśmy spieszyć się na pociąg. Na dworzec odprowadzili nas Boriana i Jawkata. Siedziałyśmy już w przedziale kiedy nagle przybiegł Jawkata i przez okno podał nam prowiant na drogę. W reklamówce była kostka bułgarskiego sera i dwie kiełbasy:D

Do Kazanłyku jechałyśmy bardzo specyficznym pociągiem. Był on bardzo szeroki miał siedzenia tylko po jednej stronie. Wydawało się, że jesteśmy w poczekalnie dworcowej.

Nie było to połączenie bezpośrednie. Musiałyśmy się przesiąść w Tulowie. W pewnej chwili podeszła do nas młoda dziewczyna i zapytała czy może usiąść koło nas. Marta akurat jadła bułkę więc tylko przytaknęła głową. Zdziwiona Bułgarka poszła szukać innego wolnego miejsca… My, studentki bułgarystyki, obeznane w zwyczajach, historii i geografii kraju byłyśmy pewne, że tylko głupi turyści mylą się z potakiwaniem i kiwaniem głową w Bułgarii… Tak naprawdę, to przez cały czas pobytu w Bułgarii spotkało nas setki sytuacji, w których nie mogłyśmy sobie poradzić z naszymi głowami. Chociaż niektóre z nich wspominamy bardzo mile. W Rodopach każdego wieczoru zapraszane byłyśmy na rodzinne biesiady i kiedy „djado Ivan” pytał nas czy dolewać rakijki a my z grzeczności odpowiadałyśmy, że nie, że już wystarczy i kiwałyśmy głowami. A djado najwyraźniej nie dosłyszawszy naszych słów brał butelkę i napełniał nam szklanki:-)

W Kazanłyku na dworcu przywitał nas Hristo z grupą swoich znajomych. Poszłyśmy do jego mieszkania i tam dowiedziałyśmy się, że jedzie on wieczorem z tatą do Turcji a my będziemy spać u jego kolegi. Zabraliśmy plecaki i Hristo zaprowadził nas do mieszkania Veska. Droga nam się strasznie dłużyła, plecaki ciążyły. Zapytałam czy Vesko mieszka sam, czy z rodziną. Hristo powiedział, że tak naprawdę nie wie bo nigdy u niego nie był… Miałyśmy ochotę obrócić się i wsiąść w byle jaki pociąg, albo poszukać taniego hotelu. Szłyśmy do jakiegoś faceta, o którym nie miałyśmy pojęcia i który nie miał nic wspólnego z couchsurfingiem. W końcu doszłyśmy do osiedla, na którym mieszkał Vesko. Spotkaliśmy się z nim na skrzyżowaniu i razem poszliśmy do mieszkania. Vesko wynajmuje je sam i żeby zaoszczędzić nie ma prądu i gazu. Jeszcze do nas nie dotarło co to znaczy gdy Vesko pocieszył nas, że specjalnie kupił zestaw świeczek. O łazienkę też nie zdążyłyśmy się zapytać bo już byłyśmy prowadzone do następnego mieszkania (na szczęście w tym samym bloku), w którym mogłyśmy wziąć prysznic. Później Vesko powiedział nam, że chciał się już wyprowadzić od rodziców, a że jest sam, nie chciał mieszkać daleko od rodziny i wynajął mieszkanie w tym samym bloku 3 piętra niżej. Trochę było nam głupio chodzić do obcej rodziny pod prysznic, ale wszyscy byli bardzo sympatyczni i szybko zaaklimatyzowałyśmy się w Kazanłyku. Pierwszego dnia poszliśmy razem z Veskiem i Hristem na zupę fasolową i zagorkę, a później na rakiję i koncert rockowego zespołu z Kazanłyku. Wracałyśmy do mieszkania późno w nocy. Kazanłyk jest dość małym miastem i wszędzie można dojść na piechotę. Gdy doszliśmy do mieszkania i zapaliliśmy świeczki zobaczyliśmy, że Marty stopa jest cała z krwi. Vesko strasznie się przejął i powiedział, że jutro o świcie pobiegnie do apteki a teraz może tylko pomóc Marcie kremem „najlepszym na wszystko”. Przy świetle z dwóch świeczek niewiele było widać i stwierdziłyśmy, że idziemy spać, a jutro się pomyśli co zrobić z tą nogą.


AM